Wieje nudą

Poważnie, nic się nie dzieje, wieje nudą. Żadnych nowości, skandali, ploteczek. Moje dziecko postanowiło nie robić nic nowego. Doskonali obecną formę. No more level up.

Teraz będzie o dorosłości.

Chyba pod wpływem wpisu u Miss Ferreiry, zaczęłam myśleć o jesieni. Za chwilę pożegnam sukienki, krótkie rękawy. Przywitam ciepłe swetry i grube skarpety. Tylko, że w tym roku mam poczucie, paradoksalne z resztą, że dla mnie to kobiecy rozkwit. Obym nie zmarzła z tą swoją kobiecością przy zimie – pomyślałam, ale zaraz przypomniałam sobie, że przecież już w listopadzie mamy praktycznie gwiazdkę, a tak naprawdę to z roku na rok, w zimie mamy jakby jesień. Przeżyję.

Zmęczyło mnie to lato. Za gorąco, za duszno, wszystko zbyt i za. Niskie temperatury powitam z otwartymi ramionami, a wraz z nimi, jeżeli starczy mi odwagi rozpocznę nowy cykl postów #fitmama. Dostałam zielone światło już w sierpniu, ale byłam bliska omdlenia za każdym razem gdy wychodziłam z Mikim na spacer. Temperatury mnie zabijały. Stanowczo wyprowadzam się gdzieś na północ, gdzie temperatura w lecie, z lękiem przekracza dwudziesty słupek rtęci.

Co mogę jeszcze powiedzieć, wieje nudą. W macierzyństwie jak wspomniałam, żadnych uniesień. Czekam, aż Mikołaj zacznie raczkować. Trochę się do tego zbiera, tylko póki co zawsze ląduje twarzą do ziemi. Sami rozumiecie, że ciężko się wtedy poruszać. Wprowadziliśmy do jadłospisu sok marchwiowy i tarte jabłko, chociaż pierś jest dalej główną składową menu. Z drugiej strony jakby tak spojrzeć obiektywnie, słowo „wprowadziliśmy” nie jest do końca prawdziwe. Sok dostaje raz dziennie, bo na więcej nie ma ochoty, a jabłko nim wstrząsa i mamy stanowczy sprzeciw w stosunku do łyżeczki. Także nie zmuszamy, przyjdzie czas, dorośnie. Trochę odpuściłam. Naczytałam się, że rozszerzamy dietę po 4mc, potem że jednak po 6mc. Zafiksowałam się na tym okropnie. Ale Mikołaj rwie się do naszego jedzenia. Właściwie nie da się przy nim zjeść niczego, bo po wszystko wyciąga rękę. Coś w tym jest, że każde dziecko jest inne.

No i to tyle, po prostu.
Wieje nudą.

Ten moment…

ten moment1

Dokładnie pamiętam ten moment. Obudziłam się przed wszystkimi. Patrzyłam zaspana w sufit i nagle to do mnie dotarło. Koniec z wylegiwaniem, dniem wolnym od świata, teraz już tylko praca, praca, praca. A potem obróciłam się na bok i przytuliłam najmniejszego człowieka w domu – mojego syna. Lepszej roboty nie mogłam sobie wymarzyć – pomyślałam i zasnęłam rozkoszując się jego niemowlęcym zapachem.

To był też ten moment, kiedy uświadomiłam sobie w pełni, że jestem mamą. Przestałam się denerwować, że tylko ja wiem jak trzymać w kąpieli, jak osuszyć łzy i gdzie są koszulki z krótkim rękawem. Drżę na myśl, gdy czasem muszę wyjść bez niego. Mam w głowie milion scenariuszy co może się stać i do lekarza wyprawiam się jak na wojnę. Zostawiam na wierzchy wszystko co może się przydać. Też tak masz?
Ale widzę również, jak pięknie Mikołaj jest otwarty na świat. Nie uśmiecha się od razy. Patrzy, bada, a ten uśmiech, który następuje później jest niesamowity, jakby mówiła – to specjalnie dla Ciebie.
Kocham to. Uwielbiam kiedy zawstydza się na mój widok, by po chwili okazać radość całym sobą. To wyjątkowa więź, która nas łączy.

Ale czasem też, po ludzku, nie wiem. Patrzę jak płaczę i nie potrafię powiedzieć o co chodzi. Czasem po prostu tata wie lepiej i to też mnie fascynuje. Bo oni już mają swój świat, który mogę tylko obserwować. Może to irracjonalne ale chcę tego. Chcę, żeby mój syn miał kawałek świata, który dzieli z kimś innym. Mogę wtedy wygodnie usiąść i obserwować jak cudowanie się rozwija. Dostrzegam rzeczy, których nie widzę jako uczestnik.

Powiem wam też, że jako matka trochę wyczekuję i trochę boje się, kiedy Mikołaj nie będzie mnie już tak bardzo potrzebować. Kiedy nastąpi ten moment usamodzielnienia. Czekam kiedy zacznie do mnie podbiegać i boję się na myśl, że w końcu puści moją dłoń. Jednocześnie wszystkie te uczucia są takie pozytywne.

Takie tam matczyne wisiu misiu 🙂

Chodzimy na basen

chodzimy na basen

Od tygodnia chodzimy na basen. W wodzie jesteśmy góra 25 min, bo jednak mimo wszystko Mikołaj szybko robi się głodny i nic więcej go wtedy nie interesuje. Potrafi zanurzyć dzioba w poszukiwaniu piersi. Czyli chcąc nie chcąc musimy kończyć, bo pływać po jedzeniu tak średnio. Poniżej kilka wskazówek jeżeli, będziecie chcieli wybrać się kiedyś z niemowlakiem na basen.

Z pierwszą wyprawą czekaliśmy, aż nasz syn opanuje umiejętność sztywnego trzymania głowy. Były i takie głosy, żeby czekać, aż zacznie siadać. Nie dajmy się jednak zwariować. Najważniejsze, żeby dziecko panowało nad swoją makówką, żadne gibu – gibu, musi być konkret.

Wybierając basen zwracałam uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze jaka jest temperatura wody. Powinna być ciepła, najlepiej w okolicach 30/35 stopni. Druga sprawa to głębokość basenu. Odpadały wszelkie sportowe, bo na głębokiej wodzie z niemowlęciem można sobie tylko krzywdę zrobić. Przynajmniej ja to tak widzę. Ta wyprawa miała być frajdą przede wszystkim dla Mikołaja. Zatem chodzimy na basen, gdzie woda sięga nam do pasa.

Przeczytałam też, na którymś blogu (niestety nie pamiętam gdzie), że uszy dziecka warto posmarować olejem kokosowym. U nas ta metoda sprawdza się póki co świetnie. Dodatkowo po basenie, wcieram olej również w całe ciało Mikołaja i swoje. Dzięki temu oboje unikamy podrażnień od chlorowanej wody, a przy tym pachniemy jak kokoski (ach!). Bardzo fajny olej kokosowy można dostać w Rossmannie. Kupujemy ten nierafinowany. Mamy opakowanie 200ml i chociaż sama używam go co wieczór, nie widać nawet żeby go ubyło. Także warto.

Druga sprawa to strój dla dziecka. Myślę, że czy chłopiec, czy dziewczynka, nie ma sensu bawić się w jakieś stroje kąpielowe. Chyba, że dla własnej satysfakcji. To co jest nam najbardziej potrzebne, to pieluchy nieprzemakające. Dobieramy je tak jak zwykłe pieluchy do wagi dziecka. Powinny być nieco ciaśniejsze, ale nie za bardzo! Po prostu za luźne pieluchy nie spełnią swojej roli i nie utrzymają „niespodzianki” w miejscu, gdzie powinna pozostać 🙂 Tu również polecam te z Rossmanna – przy wadzę prawie 9kg, Medium leżą idealnie.

Pakujemy dwa ręczniki. My wzięliśmy jeden i szczerze mówiąc, pod koniec trochę brakowało mi czegoś suchego, ale daliśmy radę. Szczotkę do włosów jeżeli niemowlę ma czuprynkę, no i oczywiście rzeczy dla siebie.

Jeżeli chodzi o logistykę. Obecnie chodzimy we trójkę, bo przyznam szczerze, że nie czuje się na siłach, żeby pójść z Mikołajem sama. Zabrakłoby mi rąk. Czułabym się też pewniej gdybyśmy mieli już opanowane siadanie, bo u nas na basenie jest specjalny kojec dla niemowląt. Są też takie turystyczne przewijaki, świetna sprawa. Zwykle chłopaki czekają przed przebieralnią, aż się ogarnę i wtedy zabieram do siebie Mikiego. Spotykamy się wszyscy już na basenie, gotowi na harce.

W wodzie dostosowujemy się do dziecka. To ono decyduje jak długo się pluskamy, bo samo wie najlepiej na ile ma siłę i ochotę. Przeciąganie tego czasu, czy wręcz zmuszanie do dłuższej zabawy, skończy się zapewne wielkim rykiem, a i możemy również naszego szkraba zrazić do kąpieli.

Jeżeli niemowlę lubi kąpiele, to basen jest naprawdę super opcją. Jeżeli jednak płacze przy każdym wieczornym kąpaniu – dałabym sobie z basenem spokój!

Także chodzimy na basen 😀

Mój poród – mój wybór

mój poród - mój wybór

Mój poród – mój wybór, takie hasło nasunęło mi się na myśl, kiedy przeczytałam komentarz pod tym wpisem. Być może nie każdy się ze mną zgodzi, ja jednak uważam, że poród to sprawa intymna. Powinna dotyczyć tylko najbardziej zainteresowanych czyli przyszłej mamy, taty i dziecka, koniec. Żadna teściowa, mama, szwagier, brat czy kto tam jeszcze, nie powinien się wtrącać, a już na pewno nie powinno to obchodzić obcych ludzi.

Niestety jesteśmy tak skonstruowani, że ciekawość wygrywa. Mam wrażenie, że bezwiednie zadajemy standardowy zestaw pytań: „Chłopiec, czy dziewczynka?”, „Będziesz karmić piersią?” i wreszcie „Zamierzasz urodzić naturalnie?”. Przy twierdzących odpowiedziach, pada kolejny zestaw, ale o tym mogłabym napisać osobny wpis.

Wracając do meritum. I teraz uwaga, opowiem Wam jak to było z nami. Mikołaj urodził się bardzo duży, na tyle, że zwyczajnie się nie zgraliśmy. Nie doczekałam akcji porodowej, skurcze na KTG pisały się mocne, ale ja nic nie czułam (alleluja!), Mikołaj też nie kwapił się do wyjścia. Położne pocmokały, lekarze przyszli popatrzyli, pomierzyli i stwierdzili, że naturalnie nie ma szans. Ba, sam ordynator przyszedł do naszego przypadku. I w tym miejscu polecam drogie, przyszłe mamy, czytać również o cesarskich cięciach. Ja całą ciąże byłam nastawiona na poród naturalny, jedyne co wiedziałam o porodzie operacyjnym to, że istnieje. Acha i jeszcze wiedziałam, że nie chcę się męczyć tryliart godzin, by na końcu usłyszeć – nic z tego, tniemy.

Termin cięcia cesarskiego został ustalony i nie pozostało nam nic innego jak kontrolować akcje i czekać cierpliwie. Spędziliśmy ten czas na patologi ciąży i tam też odebrałam telefon, gdzie na dzień dobry usłyszałam: „Hej, podobno nie chce Ci się rodzić normalnie…bla…bla…bla…”. Wiem, że osoba po drugiej stronie słuchawki żartowała i zapewne bym się śmiała, gdyby nie to, że poród to była moja sprawa intymna. Co za tym idzie, podświadomie czułam, że poniosłam porażkę i nie miałam ochoty z tego żartować. Przede wszystkim jednak, co to znaczy normalnie?

Opinie lekarzy przyjęłam do wiadomości ze spokojem i chyba nawet z odrobiną ulgi. Nie czułam się na siłach, żeby narażać swoje zdrowie. Ok, cesarka nie jest naturalna, ale też nie żyjemy już w czasach, gdzie kobiety nie miały innej opcji porodu, a w przypadku komplikacji wykrwawiały się w połogu. Dla dziecka to też nie lada wysiłek, spróbujcie przecisnąć głowę przez coś co jest za małe chociaż rozciągnęło się już do granic możliwości. Kiepsko, co nie? I teraz pomyślcie, że moglibyście się tam zaklinować i znikąd pomocy.

Poza momentem nieco innego wydania dziecka na świat, wszystko co następuje po, wygląda tak samo jak po porodzie fizjologicznym. Organizm musi się zregenerować, rana musi się zagoić, dziecko trzeba nakarmić. A mimo to, kiedy mówię, że urodziłam przez cięcie, bardzo często słyszę: „ojej”. Jakbym co najmniej powiedziała, że przeżyłam jakąś traumę. Nie potrzebuję współczucia, jestem dumna z tego, że URODZIŁAM mojego syna. Razem przez to przechodziliśmy, razem się męczyliśmy i razem jesteśmy dzisiaj zgranym duetem. A właściwie to zgrane z nas trio, bo tata Mikołaja bardzo nas wspiera 🙂

Także kobieto, urodziłaś! – przez cięcie cesarskie, czy fizjologicznie, – ale nie daj sobie wmówić, że jedyna słuszna droga wiedzie przez kanał rodny!

Skok rozwojowy – o czym nie miałam pojęcia

skok_rozwojowy

Skok rozwojowy, do niedawna był dla mnie jedynie hasłem. Coś tam wiedziałam, a czego nie byłam pewna to zmyśliłam. Wiadomo.

Tydzień temu Mikołaj zaczął mieć problem z zasypianiem, zbiegło się to akurat z naszymi odwiedzinami u znajomych, bardzo długim pobytem poza domem, itd. Dość szybko zakwalifikowałam jego zachowanie jako odreagowywanie bodźców. Ale dni mijały, a jemu nie przechodziło. Powiedziałabym nawet, że było gorzej, stał się płaczliwy i marudny. Wymagał ciągłej uwagi, noszenia na rękach, a potem nie noszenia, ale tak żeby go jednak nosić – sami rozumiecie, totalny kosmos. Apogeum było kiedy miał iść spać. Nie ważne, czy chodziło o drzemkę w dzień, czy pójście spać wieczorem. Zasypiał na dziesięć sekund, po czym budził się z płaczem i kaplica, róbta co chceta, nie było zmiłuj. Serce mi pękało bo czułam się kompletnie bezradna. W dodatku mamy już w wachlarzu umiejętności, płacz z prawdziwymi łzami – dla mnie jako matki, miazga!

Po wielu bojach doszliśmy do kompromisu. Mogłam siedzieć, byle bym trzymała go mocno wtulonego w siebie na rękach. Dopiero kiedy zasypiał naprawdę głęboko mogłam odłożyć go do łóżka.
Po kilku dniach byłam wykończona, dramat powtarzał się, za każdym razem. Pierwszy raz też, w książce o której wspomniałam tutaj, nie było informacji, która mogłaby nam pomóc. Sięgnęłam więc do internetów w nadziei, na objawienie.

I oto było. Tatapad, napisał o skokach rozwojowych! Czytam i myślę sobie – bingo!, jesteśmy w domu. Pierwsze trzy skoki odbyły się bezinwazyjnie, natomiast skok czwarty u nas, połączony jest po części z piątym. Mikołaj ewidentnie zaczął mieć lęki przed rozstaniem. Zaczynał płakać za każdym razem gdy wychodziłam, nawet kiedy miał chwilowo dobry humor. Znikałam mu z pola widzenia i  w sekundę, totalnie się rozklejał. Zobaczcie sobie tabelkę, którą Tatapad zamieścił u siebie i koniecznie przeczytajcie jego post. Wiadomo, każde dziecko jest inne, także tabelką polecam się jedynie posiłkować, a nie kierować.

Obecnie wychodzimy na prostą, czego owocem z resztą jest ten wpis. Mikołaj ma więcej momentów pogodnych, niż złych. Odpukać powoli zasypia bez grymaszenia i płaczu. Co najważniejsze jednak, zaczął bardziej świadomie operować rękoma. Łapanie przedmiotów idzie mu coraz lepiej. Ćwiczy też przewracanie na bok. Na tę chwilę głównie odgina się od pasa w górę, bo niestety kotwica z nogami zostają w miejscu. Ale jesteśmy dobrej myśli. Dasz radę synu.

Mleczna wojna

Mleczna wojna, takie określenie przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o karmieniu piersią. Być może pamiętacie jak podczas tego wpisu, wspomniałam, że stosunkowa niedawno dowiedziałam się o całym konflikcie – matki piersią karmiące vs matki mleko modyfikowane podające. Moja mleczna droga była praktycznie bezproblemowa. Drobne potknięcia na początku. Mam jednak koleżankę, która dwóch synów wykarmiła na butelce. Przyznam, że nie zastanawiałam się dlaczego zdecydowała nie karmić piersią, czy może raczej karmić bardzo krótko. Wzięłam to za coś naturalnego. Ok, może nie tyle naturalnego, co po prostu uznałam, że ona wie najlepiej co jest najlepsze dla niej i dzieci.

Na froncie robi się jednak dość gorąco i na każdym kroku, daje się wyczuć napięcie. Zupełnie jak gdyby matki tylko czekały na hasło: „kamienie piersią” i zaczyna się burza. Wiadomo, „syty, głodnego nie zrozumie”. Osobiście nie przystaje do żadnego obozu, chociaż popieram karmienie piersią. Uznaje to za naturalny dla nas ssaków, sposób karmienia dzieci i jednocześnie najlepszy. Mimo to nie potępiam matek, które z różnych względów podają mleko modyfikowane, szanuje ich decyzję.

Po wstępnych rozważaniach, zdecydowałam się zapytać Magdę, dlaczego nie zdecydowała się na karmienie piersią. Oto co powiedziała:

Jo: Na początku dziękuję, że zgodziłaś się podzielić swoją mleczną historią 🙂 Powiedz mi jak długo karmiłaś piersią?

Magda: Pierwszego syna przystawiałam do piersi i dokarmiałam mm (mleko modyfikowane) przez 3 tygodnie. Później przeszłam na samo mm. Z drugim było dość podobnie, chociaż mieliśmy łatwiejszy start. Mimo to po 3 tygodniach zdecydowałam się przejść na mm.

J: Co masz na myśli mówiąc, że miałaś łatwiejszy start za drugim razem?

M: Z Erykiem leżałam w szpitalu przez 10 dni, z czego 2 spędził w inkubatorze. Od początku dokarmiany był mm. Po porodzie byłam w kiepskiej kondycji fizycznej. Ciągłe siedzenie nie wchodziło w grę, do tego zaczęły puchnąć mi nogi. Widok gdy nakłuwają Eryka, również mocno mnie stresował. W szpitalu zaliczyłam baby blues, co nie pomagało w karmieniu. W domu i przystawiałam i dokarmiałam mm, bo nie miałam już siły. Po prostu padałam ze zmęczenia fizycznie i psychicznie. Zdecydowałam, że przejście na mm będzie dla nas korzystniejsze. Eryk zaczął przybierać na wadzę, a przede wszystkim lepiej spał.

Z Olafem było łatwiej. Od samego początku był ze mną. Przystawiałam go do piersi, ale też dokarmiałam, żebym mogła choć trochę odpocząć. W domu było nieco trudniej, ponieważ chłopcy są rok po roku. Jeden i drugi potrzebował ode mnie 100% uwagi. Olaf natomiast „wisiał” na piersi, miał za krótkie wędzidełko, co nie ułatwiało sprawy. Nie miałam czasu zając się Erykiem, o zrobieniu czegokolwiek w domu, w ogóle nie było mowy. W końcu z dnia na dzień miałam coraz mniej pokarmu i zdecydowałam, że karmienie mm z butelki będzie dla nas najlepsze.

J: Czy miałaś problem z przejściem na mm? Mam tu na myśli odczucia emocjonalne. Czy taka rezygnacja z naturalnego karmienia, wiąże się z jakimiś głębszymi odczuciami?

M: Tak, faktycznie przy Eryku czułam duże wyrzuty sumienia. Miałam wrażenie, że za szybko się poddałam, że mogłam jeszcze próbować. Przy Olafie już tak nie myślałam. Brakowało mi czasu, a przejście na mm rozwiązało ten problem. No i przede wszystkim chłopcy byli najedzeni i szczęśliwi, a ja razem z nimi.

J: Dziękuję Ci bardzo jeszcze raz.

Jak widzicie karmienie piersią, nie jest taką prostą sprawą. Każda mama na początku tej drogi, musi trochę powalczyć. Jeżeli jej dziecko jest współpracujące, to zazwyczaj powoli docierają do celu. Czasem jednak gdzieś, coś nie wychodzi i (moim zdaniem) w takich chwilach brakuje kogoś, kto matką pokieruje. Położne w szpitalu są tak obłożone, że rzadko mają czas zatrzymać się nad kobietą dłużej. Z poradniami laktacyjnymi bywa różnie i wbrew pozorom wcale nie tak łatwo znaleźć tą idealną.

Tak myślę, że kiedyś kobiety miały łatwiej. Żyły w rodzinach pokoleniowych, gdzie zawsze znalazła się jakaś przewodniczka, której można było zaufać, bo nie była „z zewnątrz”. Karmienie piersią to nie tylko aspekt fizyczny, ale przede wszystkim więź emocjonalna. Jak sama Magda wspomniała, rezygnacja z karmienia piersią wywołała w niej poczucie winy. Nic więc dziwnego, że zazwyczaj podejmujemy walkę. Kiedy jednak dziecko płacze, waga spada, a piersi (nie oszukujmy się) bolą, do tego dochodzi stres i zmęczenie, czasem po prostu trzeba podjąć decyzję. Ja podziwiam takie matki, które miały odwagę, mimo przeciwności losu, powiedzieć „dość, polegliśmy”. One musiały być silne, bo na końcu tej drogi, ośmielę się powiedzieć, że każda musiała zmierzyć się z poczuciem winy. Dlatego uważam, że powinniśmy wpierać wszystkie matki, bez względu na to jak karmią swoje dzieci.

Czekam na Waszą reakcję i zachęcam do dyskusji.

Teplice nad Metuji

TeplicenadMetuji2

Jeżeli zastanawiacie się co ze sobą zrobić w wakacje, a do czeskiej granicy macie niedaleko to polecam zawitać do niewielkiego miasteczka Teplice nad Metuji. Znajduje się tu jedno z wejść do skalnego miasta: Adršpašskoteplické skály (nie będę udawać, musiałam sobie skopiować, w wymowie jest łatwiej, uwierzcie). Byliśmy tu dwa razy, za pierwszym w czerwcu i ludzi było raczej niewiele, co z resztą uważam za plus. Nie ma nic gorszego niż czekanie w kolejkach na szlaku. Boleśnie przekonaliśmy się o tym za drugim razem, gdy pojechaliśmy w sierpniu. Nawet zjedzenie obiadu przed wejściem stanowiło wyzwanie.
Skalne miasto składa się z dwóch części, chociaż obejść je można różnymi szlakami, o różnym stopniu trudności, za każdym razem z innej strony. Być może dlatego dwa razy byliśmy tylko w pierwszej części. No dobra za drugim razem byłam już w ciąży, kondycja mi siadła i całą drogę marzyłam o ciastkach, które sprzedawali przed wejściem. Na pewno wrócimy tu jeszcze nie raz, w dodatku teraz już we trójkę. Po cichu marzy mi się też wyprawa w okresie około zimowym. Musi być niesamowicie, zwłaszcza między skałami, gdzie w lato temperatura sięgała może 5 stopni.